Hal ma odziedziczyć hotelowe imperium i wejść w rolę poważnego szefa. Na pożegnanie zaprasza więc Rebeccę — swoją dominatrix — na jeszcze jedną sesję. Tyle że ta szybko przestaje przypominać zwykłą grę: Hal chce zamknąć ich relację, Rebecca nie zamierza przyjąć tego do wiadomości, a hotelowy apartament zamienia się w ring, gdzie oboje próbują ustalić, kto tu naprawdę rozdaje karty.
„Sanctuary” jest BDSM-owe, ale nie nastawiajcie się na erotyczny seans pełen scen łóżkowych. Tu najwięcej dzieje się w dialogach, upokorzeniu, odgrywaniu ról i przesuwaniu granicy między sesją a prywatnym życiem. Film co chwilę podsuwa pytanie: kto ma władzę — osoba, która płaci, czy ta, która zna cudze słabości?
To raczej recenzja dla osób ciekawych władzy, kontroli i granic w BDSM niż szukających mocnych scen erotycznych. „Sanctuary” zostawia po sobie pytanie: czy można naprawdę oddać komuś kontrolę, jeśli samemu napisało się scenariusz?
Najlepsze komentarze (1)
Fajnie, że wyłapałaś ten aspekt z kontrolą – to, że pozorna dominacja nie zawsze oznacza realną władzę. Ten film faktycznie bardziej gra psychologią niż seksualnością. Zastanawiam się, jak twórcy poradzili sobie z pokazaniem tej subtelnej dynamiki – często w mainstreamowym kinie BDSM sprowadza się do gadżetów i estetyki, a głębsza warstwa ginie.