[tw: przemoc seksualna]
Istnieje wyraźna dysproporcja pomiędzy ilością uległych (znaczna większość) oraz dominujących (mniejszość) wśród osób oznaczonych jako kobiety przy urodzeniu oraz trans kobiet. Z tego powodu wielu ludzi ma stereotypowe przekonanie, że uległość dla kobiet jest „naturalna”, a wszystkie inne odcienie kobiecości i jej seksualności są dewiacją od normy.
Proponujemy jednak inną hipotezę: wyraźna nadreprezentacja uległości wśród kobiet i niemężczyzn w porównaniu do cis mężczyzn, jest efektem adaptacyjnym życia w świecie, w którym istniało ciągłe zagrożenie gwałtem.
Zgoda na seks jest zjawiskiem nowym.
Wyrażanie zgody na seks w rozumieniu współczesnym jest historyczną nowością. Bardzo młodą. Żeby to powiedzieć dosadniej i nie zostało to opacznie zrozumiane: to oznacza, że jeszcze Wasze babcie były gwałcone przez Waszych dziadków, a wielu z Was, Waszych rodziców i większość pozostałych przodków, nie pojawiła się na świecie z miłości, a z przemocy. Nazwanie tego głośno nie jest prowokacją, tylko faktem historycznym.
Przez tysiące lat kobiece ciało funkcjonowało w warunkach chronicznego ryzyka seksualnej przemocy. Nie istniał świat „bezpiecznego seksu” — gwałt był wpisany w strukturę społeczną, wojenną, małżeńską i klasową. W takich warunkach opór często oznaczał eskalację przemocy, a nie jej zatrzymanie. Z perspektywy biologicznej i społecznej przetrwanie sprzyjało nie tym, które zawsze walczyły, lecz tym, które potrafiły rozpoznać moment, w którym uległość zwiększała szanse przeżycia.
To właśnie tutaj pojawia się uległość jako adaptacja. Nie jako „preferencja”, lecz jako mechanizm regulujący zagrożenie. Ciało i psychika uczą się, że podporządkowanie, zamrożenie, minimalizacja reakcji, przymilanie się, a czasem nawet pozorna współpraca mogą zmniejszyć ryzyko śmierci, ciężkich obrażeń lub eskalacji dalszej przemocy. Te strategie nie są świadomym wyborem, lecz automatyczną odpowiedzią układu nerwowego. Są zapisywane nie tylko w jednostkowej traumie, ale także w przekazie kulturowym i międzypokoleniowym.
Gdzie kończy się uległość, a zaczyna gwałt?
Gwałt w wyobraźni społecznej nadal często ma postać obcego mężczyzny wciągającego kobietę w krzaki lub bramę. Tymczasem przemoc seksualna znacznie częściej dzieje się w związkach.
Jeżeli odmowa seksu wiąże się z ryzykiem kłótni, szantażu emocjonalnego, gróźb zdrady, kar finansowych czy psychicznego nacisku, to w takich warunkach nie da się wyrazić konsensualnej zgody. „No dobra” uzyskane po nacisku, wierceniu dziury w brzuchu i emocjonalnym wyczerpaniu nie jest zgodą. Jest poddaniem się manipulacji.
Jeżeli osoba podczas seksu leży jak kłoda, czyli: jest nieruchoma, milcząca, nie reaguje, nie inicjuje, nie odpowiada na bodźce, to z wysokim prawdopodobieństwem jest w stanie zmrożenia układu nerwowego (freeze) lub dysocjacji (mentalnego odklejenia od własnego ciała), a Ty, jeśli się nie zatrzymasz, to dokonujesz gwałtu, bo osoba nie jest w odpowiednim stanie psychofizycznym, by w ogóle móc kontynuować wyrażanie zgody. Bo prawda jest taka: ciało w stanie zamrożenia nie bierze udziału w zdarzeniach świadomie, a seks bez świadomego oraz partycypującego uczestnictwa nie może być konsensualny, a jest gwałtem, niezależnie od intencji.
Jedyna skuteczna strategia przetrwania.
Przez większość historii gwałt małżeński nie istniał jako pojęcie prawne. Małżeństwo oznaczało trwałą zgodę, nieodwoływalny kontrakt na dostęp do ciała. Seks nie był przestrzenią wzajemności ani obopólnej przyjemności, lecz obowiązkiem. Kobieta nie miała ani prawa odmowy, ani realnej możliwości wyegzekwowania jej a jej dyskomfort, ból czy strach nie były uznawane za istotne. W takich warunkach jedynym realnym celem nie było przerwanie przemocy, lecz jej skrócenie. Udawany orgazm stał się więc narzędziem regulacji czasu trwania gwałtu.
Mechanizm ten był brutalnie pragmatyczny. Wielu mężczyzn kończyło akt seksualny po osiągnięciu własnej satysfakcji lub po „potwierdzeniu”, że kobieta również ją osiągnęła. Orgazm kobiety, prawdziwy czy udawany, funkcjonował jako sygnał domknięcia aktu. Kobiety uczą się często bardzo wcześnie, że symulacja przyjemności może przyspieszyć koniec doświadczania bólu, lęku i dysocjacji, bez ryzyka wystąpienia innych rodzajów przemocy, na jakie naraża je odmowa. To nie jest manipulacja, a adaptacja do sytuacji, w którym nie istnieje bezpieczna alternatywa.
Nazwanie udawanego orgazmu metodą skracania małżeńskich/związkowych gwałtów nie jest prowokacją językową. Jest aktem przywracania znaczenia doświadczeniom, które przez wieki były spychane do sfery wstydu lub żartów o kobietach będących kiepskimi w łóżku. To uznanie, że kobiety nie „oszukiwały”, lecz radziły sobie w świecie, który nie oferował im ochrony. Że ich ciała nie były bierne, lecz podejmowały mikroskopijne akty przetrwania tam, gdzie makroskopowa sprawiedliwość nie istniała.
Istotne jest również to, że społeczeństwo przez lata normalizowało ten mechanizm, jednocześnie go trywializując. Żarty o udawanym orgazmie maskują fakt, że dla wielu kobiet była to kwestia bezpieczeństwa, a nie komfortu. Humor stał się kolejną warstwą ciszy, która uniemożliwiała nazwanie przemocy po imieniu. Jeśli coś jest „zabawne”, nie może być jednocześnie traumatyczne. Ta narracja skutecznie chroniła oprawców i system, w którym funkcjonowali.
Miecz i pochwa.
Rola tradycyjnego mężczyzny jako obrońcy kobiet jest romantyzowanym mitem. Przykrą prawdą jest to, że tradycyjną rolą mężczyzny była ochrona wyłącznie SWOJEJ kobiety, jako własności, przed byciem zgwałconą przez kogoś innego niż on sam. Mężczyźni są społecznie uczeni, by nie chcieć chronić ani fizycznie, ani ekonomicznie kobiet, do których ciał nie mają seksualnego dostępu, ani dzieci, które nie są biologicznie ich własnymi. Kobiety były używane jako narzędzia do regulacji agresji oraz popędu, by poza domem mężczyźni mogli sprawiać wrażenie jakkolwiek cywilizowanych.
W tym sensie kobiety pełniły funkcję regulacyjną w systemie patriarchalnym, absorbując przemoc, która nie mogła zostać skierowana ku innym mężczyznom bez naruszenia hierarchii społecznej.
Uderzenie drugiego kolesia byłoby wyzwaniem dla jego pozycji, a bicie swojej kobiety czy dziecka, nie miało absolutnie żadnych konsekwencji prawnych ani społecznych — do dzisiaj z resztą trudno je sądowniczo wyegzekwować. Dzięki temu, mężowie na swoich żonach moli odreagować bycie gnębionym i poniżanym przez ludzi, którzy byli wyżej w drabinie społecznej. Kobiety musiały więc pełnić funkcje kojącej i uległej pochwy w domu, po to by miecze nie wchodziły w tryb przesadnej agresji w nim, a tym bardziej poza nim.
Teraźniejszość.
Współcześnie banda mizoginicznych mężczyzn jest w trakcie redpillarskiej krucjaty, a także faszystowskiej reakcji, żądając wręcz powrotu do historycznych gwałcicielskich norm reprodukcyjnych, cofając przy tym prawa aborcyjne na świecie i płacząc, że kobiety nie chcą z nimi spółkować seksualnie.
Jednak kobiety oraz osoby oznaczone jako kobiety przy urodzeniu, nie chcą już żyć w takich realiach, do jakich były zmuszone nasze matki, babcie i prababcie, a na zupełnie własnych warunkach. Na szczęście spadek dzietności na całym świecie, można czytać także jako pozytywny wskaźnik zwiększającego się oporu kobiet przed powrotem do przemocy reprodukcyjnej oraz wymuszonej siłowo lub emocjonalnie uległości seksualnej.
Jeśli pomagają Ci moje treści, rozważ postawienie mi kawki na suppi — życie z niepełnosprawnością jest znacznie droższe niż bez.
Najlepsze komentarze (10)
To ja ugryzę temat z innej strony - uległość w BDSM jest dla wielu osób o odpuszczeniu - przeciwieństwu tego, co robią na co dzień. W pracy muszę być sprawcza "dominująca" (załatwiać dużo spraw, być asertywna, inicjować zadania, komunikację, wykazywać się inicjatywą, trochę być liderką sama dla siebie), tak samo w życiu codziennym, gdzie dużo zależy ode mnie i mojej sprawczości. W BDSM chcę "odpocząć", odpuścić, móc jedynie doświadczać i skupić się na tym. Choć oczywiście mam ekspresję switcha, to na razie nie czuję się pewnie w roli dom, dużo przede mną.
Co nie zmienia faktu, że z tekstem absolutnie się zgadzam. Nawet nie wiem co powiedzieć, ale świat jest podkręcony tak, jak jest obecnie skonstruowany. Dobrze, że coś się zmienia, choć na małą skalę, powoli, niepewnie.
Kompletnie nie zgadzam się z tezą o wpływie przemocy na preferencje, które moim zdaniem nie są dziedziczne, ponieważ preferencje wywodzą się z wielu czynników - urodzeniowych, cech osobowości, środowiskowych itd. Nadreprezentacja osób uległych względem dominujących wynika moim zdaniem wprost z jednej strony z faktu iż liderów popychających ten świat do przodu jest tylko 15% w każdej dziedzinie życia i naturalnym stanem rzeczy przynależnym większości jest chęć podporządkowania się. Zgadzam się jedynie z tym, iż uległość-dominacja podlega prawu przeciwieństwa. Sprzątaczka chce być dominą bo chce odreagować, a dyrektor chce być uległym i też odreagować. Mimo że osób na co dzień wykonujących polecenia jest więcej, to nieliczne chcą wcielać się w rolę dominującą - vide większość woli słychać, niż być liderem. Kwestia gwałtów nie ma nic tu do rzeczy - gwałt jest przemocą i budzi naturalny odruch obrony, czyli bronimy się przed gwałtem - gdyby tak nie było, to już dawno świat byłby podbity przez jakąś grupę najeźdźców bo rzekomo wg Autora wszyscy ulegają w celu przetrwania - zarówno kobiety i ulegli mężczyźni. Dlaczego kobiety wzywają pomocy podczas gwałtu? Wg powyższej teorii powinny w cwany sposób zaspokoić gwałciciela by sobie poszedł... Dlaczego tak się nie dzieje i czemu policja znajduje ślady walki na ciele napastnika i pod paznokciami ofiar? Gwałt nie uczy uległości, tylko ostrożności i nieufności.
A ja mam pytanie skąd masz dane o 15% liderów popychających ten świat do przodu? Z chęcią bym się zapoznała z rzetelnymi badaniami, bo na słowo nie wierzę :)
A z tymi rolami to różnie. Ja jestem switchem i wcielanie się w konkretną rolę to kwestia mojego samopoczucia / chęci / sił. Lubię brać pod uwagę nie tylko swoje potrzeby, ale przede wszystkim potrzeby drugiej strony i starać się znaleźć balans.
Dawno temu było zestawienie osób zarabiających tyle, że klasyfikuje ich to w pewnej klasie. Ogółnieceuado.i ile mamy osób z zarządów firm, lekarzy, prawników, naukowców, badaczy, prezesów, liderów, dyrektorów, managerów, wizjonerów, profesorów, kierowców, hutników, murarzy, policjantów, rolników itd... Ktoś pokusił się i zrobił zestawienie.
Wiesz, tak czy inaczej zastanawiam się nad sensem tego ciągłego 'popychania świata do przodu'. W jakim celu to robimy? Zarabiania? Rozwoju technologii? Komu tak naprawdę na tym zależy?
Zadaję sobie te pytania, bo moje priorytety i wartości mocno się ostatnio przesunęły w stronę spokoju i autentyczności. Myślę, że warto się nad tym zatrzymać, zamiast tylko pędzić za kolejnym 'postępem' ;)) Co Ty o tym myślisz?
Częściowo sobie odpowiedziałaś na pytanie, w dywagacji czy dzieje się to w imię rozwoju technologii... Tenże rozwój odbywa się jakby dwutorowo - rozwijający ją bezpośrednio inżynierowie realizują się i swoją pasję, zarabiając przy tym.. Różnej maści sponsorzy, donatorzy, inwestorzy widzą w tym kolejny etap rozwoju swojego imperium finansowego. Po co im to? By ich wielopokoleniowa rodzina (kilkadziesiąt, kilkaset lat) nie padła ofiarą wykupu oligarchów i by wciąż mogła zachować wpływ na rozwój i bieg wydarzeń. Po co? To pozwala uniknąć różnego rodzaju zawieruch - wojny, rewolucji, pozwala nie paść ofiarą inżynierii społecznej itd itd... Ten temat można rozwinąć, ale nie wiem jak głęboko jesteś w nim zakotwiczona.
Co zaś do Twojego własnego świata... Rozumiem taki wybór, drogę, horyzont. Jedni rozwijają się finansowo, inni duchowo, jeszcze inni naukowo.. Każde z nich jest dobre i jedno nie jest lepsze od drugiego - każdy potrzebuje czegoś innego; gdy bierzemy się za coś, co nas nie kreci, a tylko ktoś mówi że to ważne, to sukcesu i tak z tego nie będzie.. Dobrze, że podążasz w kierunku, który do Ciebie mruga 😏
Dla mnie rozwój przede wszystkim w kierunku zdrowia i pewnej wygody, ale to też ma swoje granice.
Np. internet jest super narzędziem, ale jak każde narzędzie ma wiele złych stron. Samochody również. Podobnie medycyna. Tylko rozwój, by poszedł do przodu zawsze lub często jest okupiony krwią i cierpieniem. A same technologie też przynoszą wiele złego - świetnie że mamy szczepionki, leki i że umiemy leczyć wiele chorób, ale co x tym że cywilizacja sprawiła że jesteśmy chorowici jak nigdy (i mnóstwo tych chorób jest psychosomatycznych / związanych ze stylem życia a tylko malutko genetycznych)
i większość leków to dożywotnia subskrypcja koncernów farmaceutycznych (5,5 roku pracowałam jako projektantka Digital dla takich firm brrr) na choroby spowodowane stresem, siedzeniem i „jedzeniem”
W swoim idealnym świecie mocno przebudowałabym miasta, zrobiła je bardziej przyjazne człowiekowi, zostawiłabym internet czy rozwiniętą medycynę, ale przebudowałabym te narzędzia mocno. Lot na Marsa i rozwój poza ziemią może nam pomóc przetrwać, ale należy się zastanowić jak to zrobić? Bo ten jeden co się zabiera za to robi to technicznie dobrze, ale ideowo - nie chce komentować.
Temat jest pewnie na wielogodzinną dyskusję :) niełatwa zresztą. Tutaj nie chce go kontynuować za bardzo jakoś szeroko
Big Farma etc. Rozwój jest potrzebny - problem w tym, że nawet najszlachetniejsze idee biorą w łeb, gdy biorą się za nie nieodpowiedni ludzie..
Oj zdecydowanie jestem bliższy poglądami i przekonaniem z twoim spostrzeżeniem. Moim zdaniem zbyt dużo w dzisiejszych czasach dorabiamy teorii do panującego światopoglądu.
Tekst nie jest o świadomym wyborze uległości, a o ryzyku byciu gwałconym przez cholera wie ile tysięcy lat i możliwym wytworzeniu się z tego powodu pewnych mechanizmów uległościowych dla przetrwania.