Jesteśmy na wakacjach. Wiecie, ten błogi stan: gorące wieczory, delikatna bryza, drink z palemką, miękkie światło hotelowego ogrodu. I oczywiście jacuzzi. Wskoczyliśmy tam z lampką prosecco „na dobranoc”, bo kto by nie chciał zakończyć dnia w bąbelkach?
No i dosiada się para. On pewny siebie, ale bez przesady. Ona uśmiechnięta, z tym błyskiem w oku, który zawsze mnie trochę intryguje. Od razu zaczynamy rozmowę – naturalnie, bez spiny. Zaczyna się od pogody, przechodzi przez temat hoteli, ląduje przy „a skąd jesteście?” i „co robicie na co dzień?”. Totalnie zwykła, fajna rozmowa. Ale…
Zaczynam coś czuć. Ten specyficzny vibe.
Wiecie, co mam na myśli. To nie jest żadne konkretne słowo, żaden gest, który można by zapisać w instrukcji obsługi pod tytułem „Jak rozpoznać swingersa w środowisku naturalnym”. To coś bardziej subtelnego. Sposób, w jaki patrzą na siebie – i na nas. Jak uważnie słuchają. Jak żartują z delikatnym, lekko prowokującym podtekstem. I nagle pojawia się ta myśl: czy oni też…?
No właśnie – skąd w ogóle mamy wiedzieć, czy ktoś „jest z naszej bajki”?
W świecie online – prosto. Mamy profile, zdjęcia, tagi, opisy, jasne deklaracje. Wystarczy kilka kliknięć, by wiedzieć na czym stoimy. Ale w świecie offline… wszystko jest o wiele bardziej nieoczywiste. Nikt nie nosi koszulki z napisem „swing life 4ever” (a szkoda, mogłoby to ułatwić sprawę). W prawdziwym życiu ludzie nie epatują swoją seksualnością na każdym kroku. Czasem są dyskretni. Czasem wręcz bardzo zamknięci.
Ale jednocześnie – swingersi to często ludzie wyjątkowo otwarci, komunikatywni, ciekawi drugiego człowieka. To się czuje. Nie zawsze od razu, ale często coś wisi w powietrzu. I wtedy pojawia się pytanie: jak się upewnić? Jak dać znać, że my też „jesteśmy w tej grze”, ale nie wyjść przy tym na dziwnych?
Czy istnieje jakiś „swinger radar”?
Pewnie! Choć jest on raczej oparty na intuicji niż twardej nauce. Z biegiem czasu zaczynamy zauważać pewne powtarzalne schematy. Ten szczególny rodzaj spojrzenia, rozmów o „luźnym podejściu do życia”, pytania typu: „A jesteście parą od dawna?”, czasem lekkie testowanie granic. Ale to wszystko balansuje na cienkiej granicy – łatwo o błędną interpretację.
Niektórzy próbują „rzucać hasła-klucze”. Słyszeliście pewnie o ananasach, czarnych obrączkach, bransoletkach, czy pytaniach w stylu „Jesteście tu z kimś jeszcze?”. Ale prawda jest taka, że większość ludzi po prostu nie zna tych znaków. Albo zna i ignoruje. Więc nadal pozostajemy w tym lekkim zawieszeniu – czy pójść dalej, czy dać sobie spokój?
W takich sytuacjach zawsze mam dylemat.
Z jednej strony – chciałoby się podejść do tematu otwarcie, bo przecież nie ma w tym nic złego. To tylko pytanie. To tylko próba nawiązania głębszego kontaktu. Ale z drugiej – świat nie zawsze jest gotowy na takie rozmowy. Ludzie potrafią się zamknąć, przestraszyć, poczuć zaatakowani. Nawet jeśli są „nasi”, mogą nie być gotowi, by o tym mówić. I wtedy zostajemy z tym: a może jednak źle odczytaliśmy sygnały?
Zdarzyło nam się już kilka razy, że po godzinach rozmów okazywało się, że… tak! Są w scenie.
Ale potrzebowali czasu. Sygnału. Albo odrobiny odwagi. Czasem to było przypadkowe zdanie wypowiedziane „z żartem”, czasem pytanie zadane mimochodem. A czasem – otwarta deklaracja z ich strony: „W sumie, możemy Wam coś powiedzieć, ale nie wiemy, jak zareagujecie…” I wtedy – bach! Światło zapala się w głowie: no jasne, wiedzieliśmy! Ale wcześniej? Zero konkretów. Tylko to nieuchwytne „coś”.
Może to jest właśnie urok tej gry?
Niepewność, flirt, ten taniec spojrzeń i słów. To trochę jak randkowanie, tylko na innym poziomie. Wymaga uważności, odwagi, zaufania. I czasem... trzeba zaryzykować. Ale czasem warto po prostu być cierpliwym. Bo jeśli vibe jest dobry, jeśli rozmowa płynie, jeśli wszyscy się śmieją – to nawet jeśli nie wyjdzie z tego spotkanie „po godzinach”, to nadal może być piękna chwila bliskości z ciekawymi ludźmi.
A Wy? Mieliście kiedyś taką sytuację?
Siedzieliście z kimś, gadaliście godzinami, i było to dziwne wrażenie, że może…? Ale nie byliście pewni, jak o to zapytać? Albo może zaryzykowaliście i... wyszło? A może było niezręcznie? Dajcie znać w komentarzach – zróbmy z tego taką małą mapę doświadczeń, może wspólnie uda się stworzyć jakiś niepisany kodeks podpowiedzi.
Bo jak widać – nawet w jacuzzi można znaleźć temat na pół nocy rozmowy.

Najlepsze komentarze (1)
Oj, totalnie to czujemy. Ten moment, kiedy zwykła rozmowa, a jednak coś wisi w powietrzu i człowiek sam siebie pyta czy ja to sobie dopowiadam?Też mieliśmy sytuacje, gdzie dopiero po długim czasie okazywało się, że jednak swoi.