
Doświadczenie i głos z wiadomości
Pisząc o swingu, zwykle koncentrujemy się na parach, czasem na singlach - ale w tym ujęciu najczęściej chodzi o mężczyzn. Temat singielek jest zazwyczaj spychany na margines, a już szczególnie wtedy, gdy te singielki określają się jako hetero. I właśnie to uderzyło nas po przeczytaniu wiadomości, którą otrzymaliśmy od jednej z naszych Czytelniczek. Napisała wprost: w świecie swingu heteroseksualna kobieta-samotna jest traktowana jak persona non grata. Gdy natomiast mówi o sobie, że jest bi - drzwi nagle stają otworem. To zdanie, choć krótkie, otwiera całą przestrzeń pytań i emocji, o których rzadko kto mówi na głos. I właśnie dlatego postanowiliśmy się zatrzymać i opowiedzieć o tym szerzej.
Czytelniczka pisała bez ogródek, że to nie są przypuszczenia, ale jej własne doświadczenia. Od dwóch lat, gdziekolwiek nie próbowała wejść w ten świat, słyszała podobne komunikaty - czasem wypowiedziane wprost, czasem zasugerowane między zdaniami. Ilekroć podnosiła temat, spotykała się z lekceważeniem. W najlepszym razie zbywano ją półuśmiechem, w gorszym - obietnicami bez pokrycia. A gdy pytała o powody, czuła, że napotyka mur, którego nikt nie chciał nawet spróbować nazwać. To jest moment, który boli najmocniej: gdy dostajesz sygnał, że nie pasujesz, a jednocześnie nikt nie ma odwagi powiedzieć dlaczego.
Pisząc ten tekst, mam przed oczami jej słowa: „W większości, gdy słyszy się swing, to nie idzie to w parze ze słowem hetero. Wręcz przeciwnie. Wyjątkiem są single - i oni mogą być hetero. Ale kobieta sama, heteroseksualna? To już kłopot.” Te zdania brzmią jak paradoks, a jednak w tym świecie paradoksów jest sporo. Bo z jednej strony swing uchodzi za przestrzeń otwartą, wolnościową, przełamującą tabu. Z drugiej - wystarczy jedno kliknięcie w „orientację” i nagle wolność ma swoje ciche furtki, które trzaskają komuś przed nosem.
Nie będę udawać, że mam prostą odpowiedź. Nie mam. Mogę natomiast podzielić się obserwacją: swing w Polsce (a pewnie i szerzej) jest zbudowany na wyobrażeniu, że kobieta singielka jest zawsze mile widziana, ale tylko pod pewnymi warunkami. Jeśli jest bi, jeśli daje nadzieję na widowiskowe sceny z inną kobietą - wtedy jej obecność nabiera sensu. Ale jeśli mówi o sobie: „jestem hetero, szukam kontaktu z mężczyznami” - nagle budzi się podejrzliwość. Jakby miała być zagrożeniem, jakby zaburzała równowagę całej układanki.
Rozmawiałem wczoraj z parą, która organizuje prywatne spotkania. Powiedzieli mi wprost: „Singielka hetero to dla nas problem, bo panowie zaczynają się skupiać tylko na niej, zamiast na partnerkach”. To tłumaczenie brzmi jak logiczne, ale pod spodem kryje się coś więcej. Przecież to nie wina kobiety, że mężczyźni patrzą w jej stronę. A jednak odpowiedzialność przerzuca się na nią. Takie sytuacje powtarzają się w różnych wariantach i prowadzą do wniosku, że heteroseksualna singielka w świecie swingu staje się kimś, kto musi udowadniać, że „nie rozwali układu”.
Zderzenie z tym bywa brutalne. Wyobraź sobie, że idziesz na imprezę, myśląc: „to przestrzeń otwarta, przyjazna, bez oceniania”. A potem dostajesz komunikat - może nie bezpośredni, ale wystarczająco czytelny - że twoja orientacja Cię przekreśla. Nie wygląd, nie charakter, nie sposób bycia. Sama orientacja. W świecie, który tak bardzo mówi o wolności, to brzmi jak gorzka ironia.
Piszę o tym na początku artykułu właśnie dlatego, że chcę zatrzymać się przy samych doświadczeniach. Zanim zaczniemy analizować mechanizmy i szukać odpowiedzi „dlaczego”, najpierw trzeba oddać głos tym, którzy czują się pomijani. Historia naszej Czytelniczki jest ważna, bo odsłania pęknięcie w środowisku, które zwykle lubi prezentować się jako wolne od wykluczeń. A jednak - to wykluczenie istnieje.
Wiem, że ktoś może w tym miejscu pomyśleć: „Może przesadza, może to wyjątek”. Ale gdy podobne sygnały pojawiają się w wielu rozmowach, nie da się ich zignorować. To nie jest jednostkowa sytuacja. To raczej temat, o którym się nie mówi, bo wygodniej jest go nie dostrzegać. A wygodne milczenie bywa bardziej dotkliwe niż otwarte „nie”.
Chciałbym zostawić pytanie otwarte: jak to możliwe, że w przestrzeni, która z definicji miała być miejscem wolności i akceptacji, powstała tak cicha, a jednocześnie szczelna bariera wobec heteroseksualnych singielek? I czy ta bariera rzeczywiście chroni kogokolwiek - czy raczej odsłania nasze własne uprzedzenia?
Dlaczego tak się dzieje?
Na początku artykułu oddaliśmy głos osobie, która podzieliła się z nami własnym doświadczeniem: heteroseksualna singielka w świecie swingu spotyka się częściej z zamkniętymi drzwiami niż z zaproszeniem do wspólnej zabawy. To głos, który wybrzmiał mocno, bo rzadko kto odważa się go głośno wypowiedzieć. Teraz czas na drugi krok: spróbować zrozumieć, dlaczego tak się dzieje i co kryje się pod tą selekcją, która nie jest zapisana nigdzie oficjalnie, ale działa w praktyce jak filtr.
Pierwsza sprawa to wyobrażenia i fantazje, które zbudowały kulturę swingową. Wiele imprez, klubów i prywatnych spotkań reklamuje się obrazem dwóch kobiet razem - to kluczowy element erotycznej narracji, który działa na wyobraźnię mężczyzn i, nie oszukujmy się, przyciąga klientów. Bi-orientacja u kobiet jest traktowana jak bonus, jak coś naturalnego w tej przestrzeni. W efekcie kobieta hetero, która mówi jasno „nie interesują mnie inne kobiety”, burzy tę wizję. Nie wpisuje się w wyobrażenie gospodarzy ani uczestników, więc pojawia się niewidoczna etykieta „niewygodna”. To nie ma nic wspólnego z jej osobowością, a wszystko z oczekiwaniem otoczenia.
Drugi element to lęk par przed „rozbiciem układu”. Wielu gospodarzy imprez czy samych uczestników wprost mówi, że singielki hetero bywają problemem, bo przyciągają uwagę mężczyzn. Partnerzy z pary nagle kierują energię poza relację, a to budzi niepewność i zazdrość. Zamiast więc konfrontować się z własnymi emocjami, łatwiej jest wykluczyć „czynnik ryzyka”. To prostsze, choć niesprawiedliwe rozwiązanie. W tym sensie singielka staje się kozłem ofiarnym - nie dlatego, że zrobiła coś złego, tylko dlatego, że jej obecność uruchamia mechanizmy, z którymi inni nie chcą się mierzyć.
Trzecia rzecz to ekonomia i marketing. Swing w Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach, funkcjonuje w modelu, w którym mężczyźni single są obciążeni wysokimi opłatami, pary płacą mniej, a kobiety singielki mają często darmowy wstęp. Ale ta „darmowość” jest w praktyce warunkowa - dotyczy głównie tych kobiet, które są bi. Dlaczego? Bo przyciągają większe zainteresowanie, są „atrakcją”, wpisują się w schemat, który można sprzedać. Kobieta hetero, która przychodzi tylko po to, żeby bawić się z mężczyznami, nie generuje dodatkowej wartości marketingowej - więc, patrząc z perspektywy klubu czy organizatora, staje się „kosztem bez zysku”. To brutalne, ale tak działa logika rynku.
Można by jeszcze wspomnieć o podwójnych standardach. Singiel hetero - mężczyzna - wciąż jest dopuszczany (choć często za wysoką cenę). Jego heteroseksualność nie jest problemem, przeciwnie: jest oczywista, neutralna. Tymczasem heteroseksualna kobieta zostaje zdefiniowana jako „brak” - brak ciekawości wobec kobiet, brak „wartości dodanej” w oczach innych. To pokazuje, jak bardzo nierówny bywa rozkład oczekiwań wobec płci.
Co ciekawe, w prywatnych rozmowach część osób z tego środowiska przyznaje, że taka selekcja jest niewygodna, czasem wręcz krzywdząca. Ale zaraz potem pojawia się usprawiedliwienie: „takie są zasady gry”, „inaczej impreza nie działa”, „ludzie przyszli po to, żeby oglądać coś innego”. Innymi słowy, problem jest zauważany, ale nie ma woli, by coś zmienić. Bo zmiana oznaczałaby konieczność rozliczenia się z własnymi fantazjami, zrównoważenia scenariusza zabawy, otwarcia na różnorodność, która nie zawsze mieści się w prostych kategoriach „para + bi kobieta”.
Pisząc to, mam wrażenie, że uderzamy w sedno pewnej sprzeczności: swing reklamuje się jako świat wolności i akceptacji, a jednak wolność ta jest reglamentowana. Akceptacja - warunkowa. Dla jednych szerokie drzwi, dla innych - ukryty zakaz. I to nie tylko dla hetero singielek. Podobnie bywało (i bywa) z osobami trans, z singlami homo, choć tam w ostatnich latach widać powolne przesuwanie granic. Natomiast kobieta heteroseksualna, która mówi „nie interesują mnie inne kobiety” - nadal zostaje na końcu kolejki.
Może właśnie dlatego ten temat wywołuje tak silne emocje. Bo dotyka podstawowej kwestii: kto decyduje o tym, kogo wpuścić do świata, który sam siebie nazywa otwartym? I czy te decyzje rzeczywiście chronią jakąś wspólnotę, czy raczej reprodukują stereotypy, które znamy aż za dobrze z codziennego życia - tylko w innej dekoracji?
Nie mam złudzeń, że jeden artykuł coś zmieni. Ale mam nadzieję, że choć trochę podważy oczywistości. Że ktoś, kto planuje imprezę, zatrzyma się na chwilę i zapyta: „Czy naprawdę potrzebuję tej bariery? Czy to moje lęki, czy realny problem?” Bo jeśli swing ma być przestrzenią wolności, to musi się zmierzyć z własnymi granicami. I przyznać, że wykluczanie hetero singielek nie jest neutralną „zasadą gry”, tylko mechanizmem, który kogoś realnie rani.
To jest temat, który Czytelniczka podsunęła nam w wiadomości. Bez jej odwagi pewnie sami bysm go długo nie poruszyli. Dlatego warto zakończyć nie tyle konkluzją, co apelem: żeby w świecie, który tak lubi chwalić się otwartością, znalazło się też miejsce na zwykłą uczciwość wobec tych, którzy dziś czują się niechciani.
Najlepsze komentarze (1)
Bardzo ciekawy artykuł:) niestety kobiety są według tych stareotypow powinny być dużo bardziej otwarte i tolerancyjne od mężczyzn, a co jeszcze bardziej skomplikowane to głównie mężczyźni są osobami które zaczynają dążyć do realizacji fantazji. Ale bardzo często sami są zamknięci na tylko jeden scenariusz.