Sytuacja wygląda tak: jest para facetów, nazwijmy ich A i B. Są razem od dłuższego czasu. Jakiś czas temu do ich życia wszedł też C – wieloletni przyjaciel jednego z nich. Z czasem między całą trójką rozwinęła się relacja, która jest nie tylko seksualna, ale też emocjonalna. Spędzają razem dużo czasu, planują wspólne wyjazdy, okazują sobie uczucia. W pewnym momencie wszyscy powiedzieli sobie wprost, że się kochają, choć każdy podkreśla, że jest to trochę inny rodzaj miłości.
C jest biseksualny i dopiero odkrywa tę część swojej tożsamości. Sam żartobliwie nazywa ten etap swoim „queerowym latem”. Od początku jednak mówił otwarcie, że traktuje tę sytuację jako coś przejściowego i że docelowo widzi siebie w związku z kobietą.
Najbardziej interesuje mnie jednak kwestia tego, jak w ogóle opisać taki układ.
B, czyli partner A, nie uważa się za osobę niemonogamiczną. Mówi, że jest monogamistą, bo jedyną osobą, z którą tworzy związek romantyczny, jest dla niego A. Relację z C postrzega jako połączenie przyjaźni i seksu, ale nie jako związek. Dlatego nie zgadza się z określaniem siebie jako osoby „poly” i uważa, że ta etykieta po prostu do niego nie pasuje.
C z kolei lubi mieć jakieś nazwy i punkty odniesienia. W pewnym momencie zaproponował określenie „poly situationship”, bo jego zdaniem najlepiej oddaje coś, co jest emocjonalnie ważne, ale jednocześnie od początku ma wpisaną datę końcową.
A jest gdzieś pomiędzy. Ma poczucie, że żadna z istniejących etykiet nie opisuje dobrze tego, co faktycznie dzieje się między nimi.
Patrząc z zewnątrz, widzę podobieństwa do różnych modeli relacji, ale żaden nie wydaje się idealnie pasować. Jest tu coś z „monogamish”, ale zwykle mówi się tak o okazjonalnych kontaktach bez większego zaangażowania emocjonalnego. Jest coś z triady, ale nie ma pełnej wzajemności romantycznej między wszystkimi osobami. Można by mówić o FWB, ale to z kolei spłyca znaczenie więzi, która ewidentnie jest głębsza niż typowy układ „friends with benefits”. Z drugiej strony są też elementy kojarzone z poly czy kitchen table poly, choć sam B kompletnie się z tym środowiskiem nie identyfikuje.
Dlatego jestem ciekawa, jak wy byście to nazwali. A może w ogóle nie próbować tego nazywać? Czy brak wspólnej etykiety może z czasem prowadzić do nieporozumień, nawet jeśli dziś wszyscy mają poczucie, że rozumieją tę relację podobnie?
Chętnie usłyszę szczególnie osoby, które były w podobnej sytuacji – kiedy ktoś nie uważał się za osobę niemonogamiczną, a jednocześnie funkcjonował w układzie, który z perspektywy innych ludzi wyglądał właśnie na formę niemonogamii.
Najlepsze komentarze (1)
Ciekawe, że B tak mocno trzyma się monogamicznej tożsamości, mimo że praktyka jest już inna. Może właśnie w tym jest sedno – że etykiety opisują to, kim czujemy się, a nie tylko to, co robimy. Dla C ta tymczasowość wydaje się kluczowa, więc „situationship" ma sens, choć rozumiem, że A może czuć dyskomfort z czymś tak... nietrwałym w nazwie. A co wy sami czujecie, że was łączy – poza tym, jak to nazwać?